RWETES NARODZIN – chłopiec czy dziewczynka ?


” … Piszesz mi, moja królewno, że się frasujesz o to, że z prawej cyceczki mleko ciecze, a tu powiadają wszyscy, że jest to znakiem chłopca …”

tak  we wrześniu 1667 roku pisał ze Lwowa Jan III Sobieski do swojej żony, Marysieńki. Królowa oczekiwała wówczas narodzin dziecka. I rzeczywiście, nie mylili się ci wszyscy, wszak za trzy miesiące urodził się syn. W jeszcze jednym liście Sobieski nie posiada się z radości, że akurat na świętego Mikołaja otrzymał list z wieścią o narodzinach Jakubka, i że chociaż „ten francik mały”- jak nazywał pierworodnego – „długo turbował i niewczasowł Mamusieńkę swoją”, to przecież jest to „z łaski Bożej owoc zupełny i z jąderkami … ”


Ilustrację zaczerpnięto z książki „Zwyczaje rodzinne, dom polski” – Zuzanna Śliwa

linia-GIF_M

 Wyczekiwano niecierpliwie następców tronu czy niejednego pierworodnego z magnackiej rodziny witały salwy armatnie. Gdy na świat przyszedł Zygmunt August, Bona otrzymała list, w którym król małżonek pisał z Torunia, że „niezmiernej radości doznaliśmy” i że „za tak szczęśliwą i radosną wiadomość najmocniej dziękujemy”.

linia-GIF_M

Wraz z narodzinami, zawsze i wszędzie, odbywał się się wielki rwetes, wiele krzyków wkoło. Krzyczą ! Chwała Bogu ! Szczęśliwie przyszło na świat. Chłopiec czy dziewczynka ? – od tego przecież wiele zależy, choćby to, gdzie zostanie wylana woda po pierwszej kąpieli.

Teraz spróbuję przedstawić, opisać dawniejsze wierzenia i rytuały, które odbywały się podczas narodzin.

Gdy nadchodziła godzina porodu, to co niezbędne było już zazwyczaj przygotowane. Pod poduszkę rodzącej naprędce wkładano święcone ziele, siekierkę lub hubę – dla odpędzenia złego. Przywoływano położną, zwaną też akuszerka lub „babką”, wzywaną w takich chwilach zarówno do chałup, jak i do dworów. W niektórych wsiach było ich kilka. Często fach ten przechodził z matki na córkę.

Akuszerka kropiła brzuch ciężarnej święconą wodą, kreśliła znak krzyża, odbierała poród, ucinała i zawiązywała pępowinę. Natychmiast po urodzeniu dziecko kąpano w ciepłej wodzie, do której dodawano odrobinę mleka, poświęcone zioła oraz listek leszczyny,  zdrowie. Wkładano też srebrny pieniążek – „aby bogate było”. Monetę po kąpieli zabierała akuszerka. Pępowinę noworodka chowano.

Po siedmiu latach ucierano ją na proszek, dając dziecku do zjedzenia „dla rozwiązania” (rozwoju) jego rozumu. Łożysko „babka” zagrzebywała pod progiem, zaś wszelkie ślady porodu starannie usuwano. Jeśli na świat przyszła dziewczynka, wodę po kąpieli wylewano na trawę lub kwiaty, co miało zapewnić nowo narodzonej smukłość i urodę, jeśli chłopiec- pod żłób, aby malec, gdy dorośnie, dobrze gospodarzył i nie bał się koni.


Noworodka kąpano najczęściej w dzieży do zaczyniania ciasta. Dzięki temu dziecko miało rosnąć jak na drożdżach. Wylewano wodę zawsze tą stroną, gdzie były nóżki. Potem dzieżę osuszano, ale nigdy do góry dnem, żeby – jak wierzono – nie spowodować  nadmiernej nerwowości i lękliwości noworodka.

Dziecię w powijakach kładziono przy matce. Wpierw jednak pod małą poduszeczkę wsuwano wianuszek z barwnika, bożego drzewka i kopytnika (Lubelskie, Rzeszowskie). odpędzał on złe moce, zwłaszcza mamony. Później niemowlę przez większość dnia leżało w koszałce. Był to owalny koszyk, wyplatany z wikliny. Zawieszano go na sznurach, umocowywanych do pułapu. Dzięki temu nie zabierał miejsca w ciasnej izbie, a łagodne kolebanie sprzyjało wypoczynkowi i znakomicie usypiało.

Gdy dziecko było nieco większe, robiono drewniane kołyski na biegunach. Były one nie tylko wygodne, ale i ładne, starannie wykonane. Często rzeźbiono ją w wymyślnie wzorki i pięknie malowano. Dużo uwagi zwracano na konstrukcję biegunów, które – po naciśnięciu stopą – nie powinny zbyt głośno stukać. Z mistrzowskiego wyrobu kołysek na biegunach słynęli mieszkańcy Podhala.

Kobieta po porodzie nie powinna brać udziału w pracach polowych, czerpać wody ze studni, doić krów, odwiedzać sąsiadów, pożyczać im albo od nich czegokolwiek. Zalecenia te, sprawiają wrażenie magicznych, w rzeczywistości ograniczały kontakt z otoczeniem, dzięki czemu słaba jeszcze matka i noworodek byli od niego izolowani – z pożytkiem dla obojga.

Mimo różnych zakazów, dotyczących wykonywania przez położnicę cięższych prac gospodarskich, kobieta wiejska już wkrótce po urodzeniu dziecka wracała do codziennych obowiązków. Inaczej bywało we dworach, gdzie położnica mogła liczyć na pomoc służących i nianiek.

Pamiętam jak mi moja babcia opowiadała o narodzinach mojego taty. Odbyło się to w 1926 roku, a ponieważ babcia była chłopką z krwi i kości, musiała ciężko pracować, pomimo, że była brzemienna. Pewnego sierpniowego dnia, a dniem tym był, dzień „wykopek” ziemniaków, babcia poszła jak zwykle w pole, i tam też tatę mego powiła.

Kila ciekawych zwyczajów wiązało się z okresem między narodzinami a chrztem; część z nich uzasadniały względy higieniczne, ale niektóre były dość zagadkowe. W pierwszych dniach po porodzie nikt obcy nie powinien odwiedzać matki i dziecka, a jeśli już tak się stało, musiał splunąć przez ramię lub w bok i powiedzieć: „Tfu, na psa urok !”. Nie należało stawać ani spać tyłem do oseska, bo od tego „łapał żółtaczkę”. Karmienie najpierw prawą piersią zabezpieczało przed leworęcznością, a czerwona wstążeczka na rączce lub szyi – przed urokami i bezsennością.

Chcąc zachować dziecko przy życiu, należało od  pierwszej chwili po narodzinach strzec przed siłą nieczystą, jako że dybała ona  ze szczególną zawziętością na niechrzczone dziecko. Szczególnie na wsiach mogła wśliznąć się do izby któraś  z boginek, specjalizująca się w durzeniu położnic i podkradaniu im dzieci. Zawsze mogła „źle” spojrzeć na niemowlę i „zaziorać” biedactwo sąsiadka będąca w zmowie z biesami.

Należało więc stale mieć  na podorędziu węgielki do odczyniania uroków czy zawsze listki dzwonka, których zawsze podobno lękały si boginki. A bywało też, że matkom prócz nieodzownego różańca przynoszono do łóżka noże, siekiery, by mogły bronić przychówku w razie wizyty niepożądanych gości.

Pomimo tych „zakazów” i „nakazów”, które w tym okresie obowiązywały, drzwi domostwa wciąż się nie zamykały. Zwłaszcza na wsiach był zwyczaj zwany popieliny. A zwyczaj ten okazywał się tym, że sąsiadki – niekoniecznie „zaziorowane”, przychodziły z jadłem do położnicy, pomagały oporządzić dom i obejście, a potem rozsiadały się wśród poduszek i, kosztując naniesione dary, dawały upust wszelkim babskim opowieściom, tym ciekawszym, że na takich ucztach nie mogło braknąć dobrego napitku, którym częstował gospodarz.

linia-GIF_M

To tylko mała garść przykładów z bogatej obyczajowości związanej z narodzinami.

Pomocna źródła:
„Zwyczaje rodzinne, dom polski” – Zuzanna Śliwa
„Kalendarz Polski” – Józef Szczypka

Warto przeczytać:

Chrzciny – „wesela anielskie” – 1

Autor: JaGa Opublikowano: Listopad 10th, 2010

Chrzciny – „wesela anielskie” – 1Wcześniej pisałam już o narodzinach (TU: RWETES NARODZIN – chłopiec czy dziewczynka ? ), oczywiście nie mogło obejść się, i bez późniejszego chrztu. „Przez szeroko otwarte okno podawano becik, nakryty błękitną kapką. Kilkudniowe maleństwo trafiało szczęśliwie w ramiona drugiej matki – chrzestnej. Tego dnia po raz pierwszy []

Posłuchaj też :
MACIEJ MALEŃCZUK – „Dawna dziewczyno”

Zapisz

44 myśli na temat “RWETES NARODZIN – chłopiec czy dziewczynka ?

  1. Witam po przerwie, a Maleńczuka wole słuchac niz ogladać a teraz troche o wrzosach…Przygotowanie odpowiedniego podłoża przed posadzeniem wrzosów w ogrodzie to połowa sukcesu w ich uprawie. Powinno być przepuszczalne, raczej suche, piaszczyste no i przede wszystkim zdecydowanie kwaśne o pH 3,5-4,5 (dla wrzośców niekoniecznie). Wrzosy nie tolerują wapnia w glebie oraz ciężkiej, gliniastej i podmokłej ziemiNajlepiej rosną w miejscu ciepłym, zacisznym ale dobrze nasłonecznionym, w cieniu ich pędy stają się wybiegnięte, rośliny gorzej kwitną i są bardziej podatne na choroby grzybowe.Pozdrawiam serdeczności moc zostawiam

    Polubienie

    1. A piosenki wystarczy tylko słuchać, niekoniecznie trzeba oglądać jej wykonawcę. Jeżeli chodzi o te wrzośce, to dziękuję za poradę. Tak myślałam, że gleba u mnie im nie odpowiada, bo za bardzo jest gliniasta, a co z tym się wiąże i wilgotna.Dziękuję za wizytę i cieplutko pozdrawiam.

      Polubienie

  2. No i widzisz Kochana, nie było mozliwości sprawdzenia płci na ultrasonografie, a jednak czasem ktoś po symptomach dobrze wywróżył. Nasz blogowa pani Profesór także Tobie znana znana nie myli sie nigdy. pozdrawiam serdecznie.

    Polubienie

    1. Dlatego moja droga, dałam wskazówkę poprzez J.Sobieskiego dla każdej mamy, która dziecięcia się spodziewa, że jak „z prawej cycuszki mleko ciecze”, wnet i chłopak będzie …A nasz pani Profesór w swych radach – jest nieoceniona …Pozdrawiam cieplutko.

      Polubienie

  3. z wielką przyjemnością przeczytałem ten post… podoba mi się u Ciebie choćby dlatego, że lubię jeść, sam też co nieco niekiedy sobie upichcę, a zatem z przepisów Twych chętnie skorzystam!pozdrowienia i ukłony

    Polubienie

    1. Art bardzo się cieszę, że post ten się podobał, i że w ogóle się podoba. Oczywiście zapraszam do mnie każdego dnia i o każdej porze. A ja będę się starała oby tu nie było nudno …Dziękuję i pozdrawiam.

      Polubienie

  4. JaGuś, wspaniały ten post. Wiele rzeczy od dawna już wiedziałam, ale o wielu teraz się dowiedziałam. Wcale nie dziwię się tym czarom odprawianym nad położnicą i dzieckiem, bo przecież w dawnych czasach dzieci marły jak muchy. Taka Marysieńka Sobieska prawie całe swoje dojrzałe życie była w błogosławionym stanie, a przecież chyba przeżyło tylko troje (?) dzieci. To samo Anna, królowa Anglii, udało się do chłopięcego wieku dojść tylko jednemu synowi, ale i tak zmarł. Cieplutko pozdrawiam.

    Polubienie

    1. Tak właśnie Anulko sobie pomyślałam, że ten post będzie ciekawy, i godny by zaistnieć na mej stronie. Faktycznie kiedyś umieralność noworodków była ogromna, i dlatego czyniono wszystko, by ją zmniejszyć, jednak nie wiadomo na ile te zabobony i gusła – pomocne były. Wierzono jednak, że pomocne są i na pewno, w niektórych przypadka, tak też i było.Jeżeli chodzi o Marysieńkę Sobieską, to napiszę Ci co znalazłam w Wikipedii:3 marca 1658 r. poślubiła wojewodę sandomierskiego Jana Sobiepana Zamoyskiego, z którym miała czworo dzieci (żadne z nich nie dożyło dorosłości). W oczach Ludwiki Marii – faktycznie decydującej o zamążpójściu „Marysieńki” – Zamoyski był lepszym kandydatem ze względu na dużo większy majątek niż (i tak zamożnego) Sobieskiego, jak również postawę polityczną: w przeciwieństwie do przyszłego króla, Zamoyski pozostał wierny Janowi Kazimierzowi w pierwszym okresie potopu szwedzkiego. Zamoyski zmarł jednak w kilka lat po ślubie. Po jego śmierci poślubiła (potajemnie) 14 maja i (oficjalnie) 5 lipca 1665 r. Jana Sobieskiego. W opinii współczesnych jak i historyków, było to tzw. „małżeństwo z miłości”, co stanowiło rzadkość w ówczesnych czasach. Drugiemu mężowi urodziła trzynaścioro dzieci, z których tylko czworo osiągnęło dorosłość: Jakub (1667–1737), Teresa Kunegunda (1676–1730), Aleksander (1677–1714) i Konstanty (1680–1726).Wyobrażasz sobie urodzić trzynaścioro dzieci, a później tylko ostanie ci się czwórka ??A królowa Elżbieta, niby taka silna – przecież dobrze dawała sobie radę w rządzeniu Anglią, ale do dzieci nie miała szczęścia.Cieplutko pozdrawiam.

      Polubienie

      1. Zacznę od tyłu, Elżbieta do końca życia była panną i mocną ręką rządziła Anglią, ja pisałam o innej królowej- Annie. Trochę mi się pomyliło z ilością dzieci Marysieńki i Sobieskiego, pamiętałam jedynie, że prawie zawsze była w ciąży, a dzieci przeżyło niewiele.Z tego właśnie powodu kobiety broniły się zabobonami przed nieuchronną śmiercią swego potomka, bo nie miały innej możliwości. Właśnie niedawno oglądałam, że przyczynę poronień królowej Anny w obecnych czasach łatwo było wyeliminować jednym tylko lekarstwem. Biedne królowe, których mąż nie oszczędzał, bo musiały urodzić następcę tronu.Pozdrawiam.

        Polubienie

        1. No tak Aniu, przecież Ty nie pisałaś o Elżbiecie (też mi się pomyliło), która nigdy nie zaznała tego „szczęścia”, aby być żoną męża. Poniekąd, co niektórzy historycy uważali ją nawet za osobę homoseksualną, ale tylko na przepuszczeniach się skończyło. Po drugie nie miała zamiaru dzielić się z nikim swoim królestwem.No i weź tu i urodź chłopca na zamówienie, bo Pan tak chce. A jak będzie drużyna piłkarska z samych dziewczyn, to dopiero kłopot, bo komu tu przekazać tron …Pozdrawiam cieplutko.

          Polubienie

          1. Czytałam kiedyś powieść historyczną o Marii Leszczyńskiej, żonie któregoś z Ludwików francuskich. Biedaczka nie miała szczęścia i rodziła same dziewczynki, w sumie było ich w sam raz na kobiecą drużynę piłkarską. Gdy przy kolejnym porodzie obudzono króla z informacją o szczęśliwym rozwiązaniu i dowiedział się, że to znowu dziewczynka, zbeształ dworzanina, że z tak błahego powodu śmie zakłócać mu sen. Maria nigdy nie urodziła syna, więc na tron wstąpił jej wnuk, też Ludwik któryś.Część dziewcząt musiała wstąpić do klasztoru, bo zabrakło dla nich koronowanych głów w Europie. Jednym słowem, niedobrze być królewną!Buziaczki.

            Polubienie

            1. Pisałam na podstawie powieści historycznej, którą czytałam kilkadziesiąt lat temu (chyba ponad 30), więc nieco mi się pomyliło. Ludwik, jej mąż miał numer XV, dzieci było dziesięcioro, w tym jeden syn, którego ojciec przeżył, a więc królewicz nie wstąpił na tron Francji.Jak to dobrze, że człowiek ma pod ręką Google i może zweryfikować swą wiedzę.Buziaczki.

              Polubienie

              1. Anulko, przecież nic takiego się nie stało. Zapewne wiesz o tym, że tylko ten się nie myli, co nic nie robi. Ja jestem bardzo zadowolona z Googli, bo naprawdę można wiele rzeczy się dowiedzieć, i co nieco poprawić swoje myślenie. Jak ten świat poszedł do przodu. Nigdy nie myślałam, że ja kiedykolwiek będę siedziała przy komputerze i stukała w klawiaturkę. A teraz to sobie życia bez tego nie wyobrażam,Cieplutko pozdrawiam.

                Polubienie

            2. Anulko bardzo ciekawa historia. Naprawdę biedne były te królewny, nie tylko wtedy gdy oczekiwano od nich, aby urodziły spadkobiercę tronu. Życie ich wcale nie było takie dobre, jak niektórym się zdaje… Ja tam bym nie chciała być królewną, choćby nie wiem co.Cieplutko pozdrawiam.

              Polubienie

  5. Jagódko jak ja lubie takie ciekawostki, gdybym miała ksiązke przeczytac pewnie bym tego nie zrobiła a u Ciebie z przyjemnosica przeczytałam i jestem madrzejsza o te wiadomosci. A z odczyniania uroków cos nam zostało w koncu matki do tej pory przyczepiaja cos czerwonego do łóżeczka i wózeczka.Pozdrawiam

    Polubienie

    1. Basiu droga, nie wiem czy wiesz, ale ja już wcześniej zamieściłam wiele ciekawostek różnych. A znajdują się one na moim drugim bloguTradycyjnie, zwyczajowo i obyczajowo – to i owo Jeżeli będziesz miała chęć i ochotę, to możesz sobie poczytać. Na pewno też Cię zainteresują.Tak jednak niektóre wierzenia przetrwały do dziś, choćby to coś czerwonego, chociaż na wsiach tych zabobonów jest więcej niż w mieście.Pozdrawiam cieplutko.

      Polubienie

  6. Niedzielne dzień dobry JaGa. Najpierw o jedzeniu. Otóż miałam dziś na obiad brukselkę jako jarzynkę,która uwielbiam. Potem sobie sama od długiego czasu zrobiłam szare nasze kluski śląskie(ostatnio często kupowałam zamrozone pod nazwą pyzy kartoflane),które w maminej kuchni nazwane były polskimi , (mąka kartoflana a jeszcze dodany utarty surowy odciśniety z soku ziemniak). Mięsem był tym razem w śmietanie pieczony udziec indyka. No i jako że to niedzielny był obiad, rosół z makaronem. Teraz z kazdym głodnym o jedzeniu sobie mogę pogadać, a o urodzinach także. Ja sama się urodziłam w nowoczesnej klinice dla matki i dziecka pod okiem jakiegoś profesora, trafiła tam moja mama bo podobno byłam martwa. Po porodzie długo jeszcze panował u nas obyczaj,że do chrztu dziecka kobieta nie wychodziła z domu,więc po dwóch tygodniach, jak łożnica sie dobrze czuła, odbywał się skromny chrzest, a nie takie prawie jak weseliska, i to po lokalach ,jak to sie teraz odbywa. Strasznie długi się komentarz dziś tu zrobił, odpowiednio do tego Twojego długiego arcyciekawego postu ,hehe. Pozdrawiam cieplutko, w to piękne słoneczne niedzielne popołudnie

    Polubienie

    1. Uleczko, a wiesz, ja lubię takie długie komentarzyki – wszak z nich też się wiele ciekawych rzeczy dowiaduję, np. co zrobiłaś dzisiaj na obiad. Moja mam też robiła te pyszne pyzy (surowe ziemniaki i gotowane), takie podłużne, duże, z mięsem w środku one były. Pamiętam jeszcze do dzisiaj ich smak – nie ma to jak u mamy. Czytając Twój komentarzyk, to teraz ja się zrobiłam głodna …:)Tak, teraz rodzice mają o wiele wygodniej robiąc chrzciny np. w restauracji. O dawniejszych chrzcinach, też napiszę post troszku później.Na całe szczęście wszytko skończyło się dobrze wraz z tymi Twoimi narodzinami, i dla Ciebie i dla mamy.Cieplutko pozdrawiam.

      Polubienie

  7. Ale się zdziwiłam tym postem… wchodzę, czytam i zastanawiam się, czy aby ja dobrze trafiłam. Spodziewałam się jakiś kulinarnych nowinek, a tu niespodzianka ;-)) Umiesz zaskakiwać.Ps. Buraczki już są :-)))

    Polubienie

    1. O jejku, buraczki już moje są ! A ja nawet ostatnio jakoś nie miałam czasu tu zaglądać – kurcze pieczone 🙂 Zaraz idę do Cię na blog, a później na działkę po buraczki, i zapakuję je wek … dziękuję.A ja lubię zaskakiwać … :)) Chociaż wcześnie, o wiele wcześniej już takie ciekawostki u mnie też były. Wiesz Margarytko, jak mnie się już temat jedzenia troszku przeje, to robię sobie taką odskocznię od tego tematu. Przecież ileż można jeść -:))Pozdrawiam cieplutko.

      Polubienie

    1. Zołzo przecież nie mogę pozwolić, żebyś zawsze wchodząc na mój blog – robiła się głodna. Zrobiłam więc taką odskocznię od głodu i picia -:))Ja też uważam, że to ciekawe tematy, i już kiedyś je poruszałam też.Cieplutko pozdrawiam,

      Polubienie

  8. Po pierwsze, uwielbiam Maleńczuka. Po drugie, jestem taka stara, że pamiętam bardzo podobne scenki z dzieciństwa, kiedy to kobiety z mojej Okolicy rodziły w domu. Zabobony co do niemowlaków tez były przestrzegane. Mnie też leczyły znachorki, miałam chore oczy. Opisałam to na blogu „Dzieci Sybiraka”. Pozdrawiam i dziękuje za przypomnienie tych ciekawych czasów.

    Polubienie

    1. Wcale Loteczko, nie jesteś taka starsza, jak Ci się zdaje. Moja mama mi opowiadała, że po moich narodzinach, akuszerka, „babka” też przychodziła. A było to zaledwie 50 – no i jeden – lat temu.Ja tam też lubię Maleńczuka pomimo jego wyglądu i czasami „zwierzęcego” zachowania 🙂 Muszę poszukać jeszcze takiej jego piosenki, w której śpiewa o przyjaźni – też mi się bardzo podoba.Nie ma sprawy Loteczko, takimi ciekawostkami, to ja zawsze chętnie służę …Pozdrawiam cieplutko.

      Polubienie

        1. Loteczko, toż Ty miałaś bajkowe dzieciństwo, w kolebusi sobie spałaś.Za piosenki Maleńczuka, serdeczne dzięki, muszę zobaczyć tylko jak to lata, bo nigdy tam nie byłam.Cieplutko pozdrawiam.

          Polubienie

      1. Nieraz tak dzielę swoje komentarze. Tzn. zanim coś konkretnego powiem, to już kilka /komentarzy/ skomponuję. 🙂 Teraz na przekład spieszę się bardzo, gdyż mam dość pilne wyjście do miasta i będę dopiero na noc. Dobrego popołudnia. 🙂

        Polubienie

  9. Skopiował Ci się post – nie wiem czy wiesz.Co do informacji – szok. Tyle przesądów i zabobonów. Część przetrwała do dzisiaj w nieco zmienionej postaci

    Polubienie

    1. Lexi, dziękuję za zwrócenie uwagi, na tego podwójnego posta. Nie zauważyłam, ale już go o „głowę skróciłam”.Nie wiem dokładnie jak teraz jest, ale coś czerwonego dziecko żeby miało, to chyba jest i będzie …Pozdrawiam cieplutko.

      Polubienie

  10. Uwielbiam takie ciekawostki:)Nigdy nie był łatwym stan położnic. Ale jedno, co jest w tym wszystkim najpiękniejszym, to fakt, że tylko my kobiety dostąpiłyśmy zaszczytu obdarowywania życiem nowego, malutkiego człowieczka :)Poród, to nie ból ( choć fizycznie jest owszem), ale cud narodzin :)Wzruszyłam się, bo przypomniałam sobie swoje trzy piękne życiowe chwile :), a dziś patrzę na kochane dzieci i dziękuję Bogu, że je mam :)Miłego wieczoru i słonecznej niedzieli życzę 🙂

    Polubienie

    1. Morgano ja też lubię takie różne ciekawostki, i nawet troszku już jest zamieszczonych na moim drugim blogu o tradycjach i obyczajach.O tak, pięknie napisałaś o narodzinach. Masz rację, że z chwilą gdy się dziecię narodzi, zapominamy o wszelkim bólu, a pozostaje wielka radość. Radość, którą tylko my możemy dostąpić, i która trwa przez całe nasze życie. Przez całe życie staramy się je również chronić, nie tylko w dni narodzin. Wszak dbamy o to, aby im się krzywda nie stała.Pozdrawiam cieplutko.

      Polubienie

    1. Maleńczuka piosenki ja też lubię. A co do jego oglądania i zachowania – to też mi nie przeszkadza, że jest taki jaki jest, jest po prostu sobą.Cieplutko pozdrawiam.

      Polubienie

  11. Ależ tu ciekawostek jak zwykle, Marylko !!! A wiesz, że moja Mama także urodziła sie w 1926 roku ???O różnych gusłach także słyszałam, jeżeli chodzi o dzieci. Wierzyć – nie wierzyć, chronić zawsze trzeba . Pozdrawiam cieplutko, spokojnej niedzieli :))

    Polubienie

    1. Może troszku ten post za długi, ale nie chciałam już go dzielić na mniejsze, np. trzy. Ale jak ktoś się przyłoży to na pewno go przeczyta jednym tchem … :))Moja mama była, znaczy się jest młodsza od taty o 3 lata. Jeszcze żyje pomimo wielu chorób jakie ją nawiedzają. Powiada często, dlaczego ją Pan Bóg tak pokarał, takim długim żywotem, że chciałaby już zejść z tego padołu ziemskiego, żeby się ni męczyć, ani nas. A ja mówię mami, nie zamartwiaj się, damy jakoś radę …A co do narodzin to zawsze było i jest wielkie święto w domu. I od wieków dzieci zawsze chronimy przed wszelkim złem, jakie je w życiu czeka.Pozdrawiam cieplutko.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s