Moda drzewiej – jasność i blask lica

   Wszystkiemu była winna królowa Ludwika Maria.  Co prawda jeszcze w poprzednim stuleciu Marcin Siennik w swej uczonej księdze anno 1568 wydanej pouczał białogłowy, że:  na piegi najlepsza jest rzodkiew z miodem, kacze sadło albo w jęczmiennej mące rozrobiony gnój gołębi, a niewiastom, które chciały mieć „lica cudnej płci” radził je co dnia przez godzinę okładać mąką z jajami.

Przeciw łysieniu psi mocz zalecał, na pomnożenie włosów wywar z żab zielonych, tym zaś, co z blondynek w brunetki pragnęły się przemienić, zwierzał tajemnicę niezawodną: „oliwę w uściech trzymając, głowę kruczym jajem pomazywać”.

   Z dawna tedy umiały panie pielęgnować cerę i dawać jej białą karnację, „szpeciny” rozmaite z buzi spędzać, krosty, brodawki czy paskudną (podówczas) ogorzelinę słoneczną. A dzisiejsze panie specjalnie chadzają do solarium, aby tę ogorzelinę słoneczną mieć.

   Cóż, czasy się zmieniają i moda też. I właśnie to królowa Ludwika Maria i jej francuskie dwórki – do cna przewróciły w głowach naszych pań. Ledwo do Polski zjechały – nie wiedzieć kiedy zniknęła wszelka skromność, wszelki wstyd białogłowski. Precz poszły czepce, wianuszki, warkocze: nie poznałeś już, co panna, co mężatka. Wszystkie nosiły długie, rozpuszczone włosy, wymyślnie a zdobnie karbowane w drobne loczki. Szyje poodsłaniały, ramiona, bez mała biusty. I jakby to wszystko im nie starczało – siadłszy przed zwierciadłem, jęły sobie gębusie różnokolorowo malować. To barwiczką, to znów bielidłem, czernidłem i diabeł sam wie czym jeszcze.

   Oczywiście nie obyło się i bez słów krytyki oburzonych tradycjonalistów, kaznodziejów, satyryków, którzy tworzyli jakby chór groźnie grzmiący przez pół stulecia. Próbowano różnych metod, by poskromić babską głupotę: od tłumaczenia po groźbę, od drwiny po łajanie. „Przyrodnią gładkość, wymyślna ozdoba szpeci”– perswadował jeden. „Twarz tynkują, by mularz mur, i farbują, by malarz bałwana” – łamał ręce drugi. Pan Opaliński, wojewoda poznański, chichotał złośliwie: „O, jak owo śmieszna, gdy się babuś wymuszcze...” 

   A panie, panie nic sobie z tego nie robiły, ino, coraz bardziej się w tym doskonaliły. Każda z nich przechowywała w ozdobnych puzderkach całe pliki całkowicie ponotowanych sekretów toaletowych, które ostatnią brzydulę niechybnie zmienić musiały w anioła. A coraz to nowe rady, sposoby niezastąpione, tajemnice szeptane na ucho – sypały się jak z rozprutego worka.

   Miała więc któraś dama włosy proste, a chciała je skręcić – sięgała po sok ziela zwanego niedźwiedzią łapą albo po korzeń chebdowy uwiercony z oliwą. Jasne loki w czarne zrobić też nie problem: służyła temu dziewanna, wyciąg z szałwii, z gałązek jeżyny. A także palone glisty. Czupryną „cudną i gęstą” dawała rozgotowana w ługu ruta muraria, żyto albo pszenica. Jeszcze lepiej zaś – wywarem korzenia łopianowego płukać, bo nie tylko włosy, ale i pamięć wzmacnia.

   Łysiejącym zaś, radzono smarowanie sadłem niedźwiedzim. Co gdy, by nie pomogło, uciec się należało do środków drastyczniejszych, lecz znamienitych, jak nacieranie miksturą z miodu i spalonych żab lub gnoju myszy wymieszanego z jakimś wonnym olejkiem. A jeśli przekorne włoski rosły ochoczo ale tam gdzie nie trzeba? Recepta na „włosów spędzenie z lica” doradzała sok liścia ogórkowego, mleko migdałów gorzkich i wapno niegaszone – wszystko to razem gotowane na wolnym ogniu.

   Mogłabym tu jeszcze wiele pisać o tych specyfikach, bo była ich mnogość; różnego rodzaju esencji, naparów okładów a też „mazań” w służbie lica, lepsiejszej urody wyniku. Bodaj za długo, by to trwało, a jeszcze o czym innym chcę napisać. A fryzury, a perfumy, a… Teraz będę pisała już krótko, bo widzę, że ten post coraz bardziej rośnie, a nie chcę Wam zbytni przynudzać. Jedno już mi odpadnie, bo o fryzurach, koafiurach pisałam już tu >>> Fryzury – koafiury , a resztę „wyrwę” z kontekstu – tekstu 🙂

   A perfumy? Nad całym stuleciem baroku wszechwładnie unosiła się woń piżma. Pachniało nim niemalże wszystko, od lwich peruk dworzan, śnieżnych kryz Wazów po listy, na których król Jan list kreślił do Marysieńki. Bogate damy nawet klejnoty nosiły pachnące, bo w złotym łańcuchu misternie umocowany bywał pojemniczek, z którego płynęły kuszące wonie. Z piżmem pożegnano się w czasie rokoka, na cały wiek oddając prym lawendzie, która okazała się także pożytecznym lekiem, szczególnie, gdy okłady wypadało robić, by uniknąć sińca po jakim stłuczeniu, albo cucić słabnącą damę, co się niemal każdego dnia trafiało. Omdlenia bowiem, powodowane delikatnością uczuć, zaczynały właśnie wchodzić w modę.

   Przyszły też lepsze czasy dla pań, tych, które miały bardzo słabe i mizerne włosy, a były to długie dziesięciolecia koafiur, potem – peruk.

   Z czasem i poszły w zapomnienie pieczołowicie gromadzone receptury prababek. Jeśli kto do nich zajrzał, to chyba na prowincji, gdzie – z francuskich albo angielskich rezygnując perfum – panie starym zwyczajem same „wódki pachnące” przyrządzały sposobem nieco podobnym temu, jak się robi nalewki, tyle, że zamiast owoców używały ziół albo kwiatów: róży, fiołków, lilii. I tam też krążyły jeszcze uzupełnione, wzbogacone, dawne przepisy, jakby chociażby ów na maść przeciw zmarszczkom, uwiercona z cukru, cytryny i sześciu listków bitego złota. Lub recepta opatrzona tytułem „Wódka na odmłodzenie lica Baby Starej, aby się zdała we dwudziestu albo 25 leciech”.

   W Warszawie króla Stanisława nikt się już do starych receptur nie uciekał. Starczyło otworzyć „Gazetę” księdza Łuskiny, by co i rusz czytać nowe ogłoszenia, reklamujące gotowe już kosmetyki. A to esencję na piegi, a to róż, malowidła rozmaite, „wodę do delikatności twarzy” czy środek przeciw „otrębom na głowie”, jak zwano łupież tedy. Albo maść „do gubienia mchu damom pod nosem”. Nawet i gabinetów kosmetycznych już nie brakowało.

   Rokokowy makijaż wymagał uwagi i sztuki, a nawet sam książę- biskup Ignacy Krasicki w warszawskim salonie przy filiżance czarnej kawy uczenie rozprawiał z damami jak „oko czernidłem ożywić, brwi powiększyć, bielidłem płeć poprawić, błękitnym kolorem kurs delikatnych żyłek oznaczyć”.

   Trzeba mi wspomnieć jeszcze, o jednej panującej pod wówczas modzie, modzie na muszki. Były to po prostu czarne krążki, zwane „zabójcami”. Bo znów – wszystkiemu winna była królowa Ludwika Maria. Wszak to z jej dworu owa moda szalona rozeszła się po kraju, bo żeby na gębie coś sobie przyklejać?! Damy drugiej połowy XVII wieku muszki sobie robiły z ciemnej kitajki albo aksamitu i przylepiały klajstrem.

Opis muszek.

fotka z internetu

   Miejsce, w którym je lokowano (jeśli oczywiście nie kryły jakiej szpetności) – szczególniejsze miało znaczenie, była to „mowa muszek”, aluzyjnie określająca z godziny na godzinę zmienny humor kokietki. Tedy muszka przy oku umieszczona mówiła o zakochaniu; na policzku – o uprzejmości, kto zgadnie ku czemu wieść mogącej; obok ust – zachęcała do pocałunków; na brodzie – do flirtu. Po damie zaś, co muszkę tuż obok nosa przyklejała, wszystkiego mogłeś oczekiwać.

„Moda – to co dziś ładne, ale za kilka lat będzie brzydkie. Sztuka – to co dziś brzydkie, ale za kilka lat będzie ładne” – Coco Chanel

==========================================

Ażeby lepiej wczuć się w daną epokę, proponuję przed rozpoczęciem czytania włączyć sobie muzykę, która oddaje charakter danej epoki.

Źródło: „FARFAŁKI STAROPOLSKIE” – Andrzej Hamerliński – Dzierożyński

Zapisz

54 myśli na temat “Moda drzewiej – jasność i blask lica

  1. Bardzo lubię te Twoje posty, może kiedyś je w książkę zbierzesz :)a z tymi muszkami to super pomysł miały kiedyś panie, ułatwiło by to dziś życie niedomyślnym panom:) Pozdrawiam:)

    Polubienie

    1. Kochana Ksiu dziękuję Ci za te miłe słowa 🙂 Hmmm…, książkę powiadasz, czemu nie, tylko gorzej z wydaniem jej 😦 🙂
      A te kropki, to jednak mówiły same za siebie, tylko, że najpierw panowie musieli poznać „mapę twarzy z kropkami” co jaka i gdzie umieszczona kropka oznacza 🙂
      Pozdrawiam serdecznie.

      Polubienie

  2. Ile tu ciekawych informacji 😀 Co to człowiek nie wymyśli, żeby zmienić co dała natura 😀
    jaguś przy okazji życzę Pogodnych Świąt, zdrowych, spokojnych, rodzinnych. Pozdrawiam ciepło

    Polubienie

    1. Witaj Małgosiu
      Jeszcze mamy świąteczny czas, więc również składam Ci życzenia i dziękuję.
      Człowiek od zawsze stara się poprawić naturę, tylko nie zawsze to naturze na dobre wychodzi.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s